poniedziałek, 31 marca 2008
Czas na reaktywację...
Nawet nie wiadomo jak i kiedy ze stycznia zrobił się marzec, a prawie już kwiecień...i po sylwestrowych pląsach w remizie strażackiej pora dokonac przeglądu szafy pod kątem ubrań letnich...przerażające... Biorąc pod uwagę nieobecność- wpis ten będzie raczej sprawozdawczy: Kwartał- bo tak trzeba by to napisać- upłynął...szybko i intensywnie. Odwiedziła nas siostra Q., która potrzebowała (zdaniem Rodziny) integracji w Big Bratherem oraz z Big- Quasi- Siostrą czyli I. Integracja wyszła całkiem, całkiem w skutek czego mieliśmy czyste okna w mieszkaniu (to efekt uboczny), a podczas ostatniej wizyty w zacnej Cz. można była z Q. normalnie porozmawiać... Potem integrowałem się z braćmi aplikantami w polskich górach...Świeże powietrze górskie sprzyjało integracji, niektórym zaszkodziło, ale wspomnienia o "Achtung Baby" i "Darwinie" pozostaną długfo w pamięci I- go roku... A potem....hmm...w ramach zimowo- wiosnej depresji zaczęlkiśmy z moją I. wodzić palcem po mapie...niestety rozsądek wziął górę nad ciekawością świata...i chyba dobrze, biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia polityczne...Na szczęśćie nie daliśmy za wygraną i już nie możemy doczekać się "Wielkiego Naszego-Tygodnia"...będzie po prostu czekoladowo i zabytkowo:) W lutym świętowaliśmy z I. urodziny naszego związku- trzylatek już umie chodzić, mówić i do tego nie narzeka na otaczający go świat...Może tylko czasem, kiedy K. wraca o 19 padnęty z kancelarii, a I. przytarguje uzasa do domu...wtedy uśmiech trzylatka lekko zmienia się w jakąś nadąsaną buzie... Drugie urodziny świętował natomiast obywatel Porto...Złoży zapewne donos do Ministerstwa Labradorów na mnie i na I. bowiem 5 marca dostał jedynie przydziałową porcję łakoci i karmy...i nic...dopiero dnia następnego wybraliśmy się do zoologicznego by zakupić specjalną urodzinową kość... Wielkanoc- raczej urodzinowa. Osiemnastka M. i osiemdziesiątka Dziadzia...dużo osób, gwar wszechogarniający...i Prze-Wielebny który kazał swoim owieczkom kochanym wykrzesać w sobie uczucie pragnienia w partycypacji kosztów ogrzewania...w ramach tego wszem i wobec znanego ubóstwa... Na szczęście z głowy mam już dwa kolokwia...wnioski: "nie taki diabeł straszny"...pocieszam się jednak myślą, że co w głowie zostanie to moje...kolejne w niedługiej przyszłości :( Plany na kwiecień i maj....wiele i co chwila nowe przybywają...na zasadzie- byle wykorzystac budzącą się wiosnę, która za oknem... A na biurku...szary papier, teczki i stosik dokumentów do przejrzenia...W przyszłym tygodniu rozmowy na temat nowej umowy o pracę, więc staję się stachanowcem pracującym na chwałę Kancelarii...a potem- zobaczymy...wraca do przeglądania ustawy o uznaniu orzeczeń za nieważne wobec osób represjonowanych... K.
poniedziałek, 31 grudnia 2007
Po 8 miesiacach i trzech dniach małżeństwa oraz 150 tygodniach bycia razem ustalilismy z I. na co ją poderwałem...A była to piosenka Chłopców z Placu Bronii:
Jeśli kogoś kochasz, Jeśli wiesz czym jest miłość, jaki jest jej sens. Jeśli tylko szczęście widzieć chcesz- Mów do mnie szeptem Co dalej jest? Co dalej jest? Jeśli się nie boisz mówić nic, Jeśli się nie boisz mówić nie Jeśli wszechświat to wszystko Powiedz może wiesz Co dalej jest? Co dalej jest? Jeśli zawsze znasz odpowiedz Jeśli wiesz Jeśli tylko szczęście widzieć chcesz- Mów do mnie czule, Mów do mnie jeszcze- KOCHAM CIE W sumie odważny tekst jak na moment, kiedy nie jest się jeszcze w zwiazku z adresatką wiadomości wysłanej przez gg. Na szczęście kontekst był neutralny- audycja radiowa, która przypadkiem słuchana była w radio w akademikach na ul. Piłsudskiego i w domu przy ul. Kopernika... K.
sobota, 22 grudnia 2007
Dla czytających...
Najserdeczniejsze życzenia bożonarodzeniowe...wielu prazentów pod choinką od Gwiazdora, Aniołka, Mikołaja czy Gwiazdki...No chyba, że byliście niegrzeczni.... Rankiem wyjeżdzamy...pakujemy ostatnie prezenty...Biedna I.- pierwsze święta u teściów- trzymajcie kciuki:) K. PS. Jeszcze raz Adq'u- Happy birthday:)
czwartek, 20 grudnia 2007
Trzy, dwa, jeden...i granica padła...o północy... Idziemy z I. na spacer...bez dowodów i paszportów:) Na most nie-graniczny...w Slubfurcie:) K.
wtorek, 27 listopada 2007
W przerwie między zajęciami z k.p.c. a k.c., po płomiennym wywodzie pani sędzi na temat dopozwania, przypozwania, zapozwania i analizie wszelkich możliwich kombinacji przy założeniu, że powód się zgadza, że pozwany się zgadza etc. poleciałem na zakupy gwiazdkowo- urodzinowe...
I.zamówiła sobie piękną dżokejkę...Wchodzę do sklepu z damskimi ciuchami...czuję się jak słoń w składzie porcelany...szukam dżokejki...pytam nie ma...wychodzę...zastanawiam się co zdrobić...wchodzę i znajduję "coś" odpowiedniego... A że zakup udany, z uśmiechem na ustach i z impetem wchodzę do Vinoteki...i tu porażka... - Czy u Państwa zakupię wino z Grecji... -Nie, w ofercie mamy francuskie, włoskie, hiszpańskie no i z Ameryki Południowej... Decyduję się na hiszpańskie... - A jakieś półwytrawne? Milczenie ekspedientki było wymowne...Tym zdaniem zdradziłem się jako totalny laik w kwestiach winiarskich, któremu można wcisnąć każdego sikacza... Mam nadzieję, że jednak polecane przez sympatyczną panią wino okaże się dobre...i wieczór nie bedzie przypominał w smaku gorycz porażki... K.
środa, 21 listopada 2007
Wtorek, tuż przed 13...na jednym z parkingów przed Sądem Rejonowym w mieście wojewódzkim...
- A., poczekaj, dam Ci 5 zł za parking... I w tym momencie 5 zamków samochodowych w momencie zamkmnięcia drzwi zatrzaskuje się... - O, kur...., chyba kluczyki są w środku- mówię I słowo ciałem się stało... A, że niemieckie samochody są uodpornione na polskich złodziei, to nawet "fachowa" pomoc włamywacza nic nie pomogła... Pocieszam się myślą, że z rozmów z innymi współsłuchaczami (współzasypiającymi) arcy- ciekawego wykładu z ksiąg wieczystych i hipoteki wynikało, że nie jestem odosobnioną "gapą" i, że "to się zdarza"...ktoś nawet potrudził się o stwierdzenie, że Ople tak mają... Marne, bo marne, ale pocieszenie... K. PS. Dzięki wspaniałej I. i tzw. migracji za pracą problem został rozwiązany...
niedziela, 11 listopada 2007
Intensywność ostatnich tygodni odbiła się wielkimi pustkami na moim blogu...Wydarzyło się wiele: świetny koncert Nosowskiej i wspaniałe, smakowite urodziny Ani K. i Efci, potem krótka wizyta w Czewie, spotkanie klasowe, spotkania rodzinne, potem znów przyjazd Adqa i Frau Weiss...niezapomniane komunistyczne jajka w majonezie, wściekłe psy, kręgle i...obalenie rządu braci K...wyjazd z Pyr-city-mieszkankami do Berlina, clubbing na Kreuzbergu i sushi na Potsdamer Platz, zakłócenie prac na planie filmowym i podróż S- bahnem w towarzystwie polskich emigranmtów, którym raczej nie udało się ani nauczyć języka niemieckiego, ani znaleźć pracy...droge do monopolowego znaja natomiast pewnie na pamięć, tak jak łacinę-kuchenną...
Ostatnie dwa tygodnie...spokojnie, bez szaleństw...a weekendy przypominają raczej "leniwość" w najbardziej leniwym wydaniu...z I. na nowo odkrywamy co oznacza celebracja śniadania po 14...chyba było nam tego potrzeba, po stresującym okresie letnim...i tygodniu pracy... Sprawy zawodowe...cóż...aplikacja mija jak na razie w miłej atmosferze...powoli ludzie się poznają...nauki pewnie będzie dużo...ale na razie cicho sza...najsmieszniejsze są natomiast dzienniczki, kojarzace się bardziej z podstwówką niż doskonaleniem zawodowym...najświętsza świętość aplikanta radcowskiego... Za chwilę HEY Unplugged...rozkosz dla ucha...czerwone wino nabiera aromatu w kieliszkach...wydawać się może, że niestosowne...cóż...hey unplugged zdarza się też nieczęsto... Akustyczne dzwięki...sałatka grecka...smak wina...mmm...wydaje mi się, że szybko z I. nie tylko zmysł wzroku i słuchu zaangażujemy...:) K. PS. A oto próbka...
piątek, 05 października 2007
Na szczęście weekend zapowiada się bardzo miło...a wszystko to sprawka mojej I., która za moimi plecami zamówiła u Efci bilety na koncert Nosowskiej...wieczór upłynie zatem pod znakiem muzyki i niebanalnych tekstów...a potem wieczór z przyjaciółmi z Pyrcity...relaks...
Bo koncówka tygodnie była stresująca...łącznie z kraksą samochodową, na szczęście nie z mojej winy (Meggi-niektórzy twierdzą, że na drugie jej Nieszczęśćie, nie ucierpiała- ma hak i to on ją obronił)...no i z zawałem serca wczoraj o 22:15...bo poszło do sądu nieopłacone pismo, które opłacone być powinno...pur stresss.... K.
niedziela, 30 września 2007
Zmiany, zmiany...
Zmiana nocna numer 2690 była ostatnią, jaką miałem na Esso...żal żegnać wspaniałych ludzi, ale taka kolej losu... Zmienia sie także mój plan tygodnia...we wtorki do miasta wojewódzkiego...ślubowanie złożyłem już w środę...i mam nadzieję, że koło mnie nie sądzie jedna koleżanka, która dała popis na forum...bo pisałam pracę magisterską na temat "Radca prawny jako wolny zawód"...a po wyborach jej na delegata na Krajowy Zjazd Radców Prawnych stwierdziła, że chce na pamiątkę zatrzymać sonbie kartkę do głosowania...i wygłosiła płomienny epilog dotyczący tego, że nawet jezeli zostanie stworzony tzw. trzeci zawód prawniczy, czyli doradca prawny, to dzięki naszej wiedzy zdobytej na aplikacji, na pewno nie stracimy swojej pozycji rynkowej... Laska- desperatka...od pierweszego spotkania sobie nabruździła...i jak sobie pomyslę, że czeka mnie 3,5 roku z takim ideologiem...pfui... A teraz zabieram się za planowanie, co bedę robić w wieczory poniedziałkowo- czwartkowe...hm...która książka pierwsza...cywilne czy gospodarcze...a może puszę po prostu "Nienasycenie" Anny Marii Jopek, otworzę butelkę czerwonego wina i zakopie się z I. pod ciepłą milutką kołdrą... K.
wtorek, 25 września 2007
Od wczoraj jestem wyższy o co najmniej o 20 centymetrów i też proporcjonalnie szerszy...i to nie oznaka tego, że starośc - nie radość...bo cieszę się, że mam uszy...bo nie mogę się przestać uśmiechać... Taki jestem dumny ze swojej żony! K. PS. Mam nadzieję, że po wypiciu wieczorem piwa z A. i F.nie pęknę!
poniedziałek, 24 września 2007
Wpisując w popularną wyszukiwarkę internetową słowa "mężczyzna w wieku 25 lat" nie dowiem sie niestety tego, na jakim etapie rozwoju (emocjonalnego, fizycznego, duchowego, materialnego etc.) miałbym się obecnie znajdować...ani jakie kremy dla mojej zmęczonej już przecież ćwierćwieczem skóry byłyby odpowiednie...
Dowiem się natomiast o tym (10 z 20 pierwszych wyników) ze mężczyźni w wieku 25 lat albo jeżdzą fatalnie samochodem, albo motocyklem i najczęściej w Bochni, że są poszukiwani przez Policję w Łodzi lub też w Kętrzynie...Albo, że mają problemy z kobietami, albo kobiet usilnie poszukują umieszczając w sieci anonse...znalazł się tez raport o wynikach HIV...dalej nie szukałem... Ogólnie nie jest źle...czyżby malutki bilans??? Nawiązując do słów koleżanki, która wróciła z podbojów miasta Carry Bradshow...dom już jest (tutaj myslała o mieszakniu w bloku), drzewo posadzone (rośliny na balkonie- prawie-drzewo) to teraz tylko pozostaje czekać na syna...Idąc za głosem analogii...też już jest...quasi-syn...ma czarną sierść, cztery wielkie łapy i wiecznie się ślini...na szczęście pieluch nie było, a jedynie wycieranie podłogi:) K.
środa, 19 września 2007
No chyba rzeczywiście zmienił się mój wygląd...
Właśnie przed chwilą się dowiedziałem, że pewna pani fryzjerka przeżywała katusze z mojego powodu... A zaczęło się niewinnie... Przed wyjazdem do Kancelarii, jako dobry mąż, umówiłem I. na wizytę do fryzjera. Zastałem panią fryzjerkę przed dzwiami do swojego salonu. - Ja do Pani- oznajmiłem - No chyba mamy problem, bo drzwi się nie chcą otworzyć... - Spokojnie, poczekam... Pani mocuje się z drzwiami, wkłada i wyjmuje klucz...klucz nie chce się przekręcić ani o milimetr Pewnie zakleili gumą zamek- poróbuje zgadnąć o co chodzi-Wiadomo, co czasem młodzi ludzie wyprawiają...Przyjedź z wiertarką - dzwoni do męża... - To ja wezmę telefon od Pani, i telefoniczne ustalę termin wizyty dla mojej żony... Jak za dotknieciem czarodziejskiej różdżki, drzwi się otwierają... W sumie nic dziwnego- Pani myślała, że jestem z Inspekcji Pracy tudzież Skarbówki...albo od Komornika Chyba nie najlepiej wyglądałem dzisiaj rano:) K. Poniedziałek...późne popołudnie...od dwóch godzin trwa burza mózgów, o co w tej sprawie chodzi... Nagle wpada p. mecenas, która kiedyś tą sprawę prowadziła... Cóż...mignęła mi przed oczami różowa bluzka i ruda czupryna...kolory może nie do końca, ale stwierdzić należy, że oglądała programy z cyklu Trinny i Susanah jak się nie ubierać...bo i lejące spodnie...i bluzka kopertowa... I nagle się włączyła moja schiza...czyli DŁONIE...Gdzieś obijało się mi o uszy jakieś "nie wiem", "prawdopodobnie", "chyba", "być może", "coś takiego było" i kluczowe "nie pamiętam" (wyrzucane z częstotliwością ruchu skrzydeł małego kolibra)...palce pani mecenas a dokładnie rzecz ujmując paznokcie wyszykowane były chyba na zabawę sylwestrową w podmiejskiej Ochotniczej Straży Pożarnej...i w ogóle nie pasowały do słów "radca prawny" Dysonans poznawczo- wzrokowy totalnie rozszarpał moje wnętrze w momencie, gdy pani mecenas wskazała na jakiś tam dokument z akt sprawy...z palca wskazującego jej prawej ręki zwisał srebrny łańcuszek...miałem nadzieje, że ma jedną z bransolet od W. Kruka, które są zrobione z takich łańcuszków...jednak "TO" wisiało z palca...i dyndało przy każdym ruchu...pfui... Zniosę skórzane spodnie i czerń połączoną z czerwonym (co niektórzy uważają taki kolaż za tandetę), zniosę nawet przesadą biżuterię, zbyt obcisłą bluzkę, czy taftową spódnicę z tysiącem aplikacji- pokazuje pewną ekstrawagancję...ale łańcuszek przy paznokci pobił wszystko... Od poniedziałku zatem zbieram w całość swoją duszę i poczucie smaku, ale jakoś średnio mi to wychodzi...i na każde wspomnienie ciarki przelatują mi po plecach... Dziękuję tylko Bogu, że moje szefowe nie narażają mnie na takie wrażenia estetyczno-ekstremalne...na prawdę- dziękuję... K. PS. Pytam moja radcę, czy też "to" widziała- widziała (no comments)...
środa, 12 września 2007
Złosliwość rzeczy martwych...
bo inaczej tego się nie da opisać...Wczoraj nie wiadomo dlaczego laptop pokazał swoje pazurki...czuje sie zapewnie przemęczony ciagłą praca pisarską lub rolujacą...no i klawiatura odmówiła posłuszeństwa...tzn. albo nic nie dało się napisać, albo pisało się co nie miara...do 2 w nocy siedziałem i czyściłem poszczególne klawisze...i chyba nic nie pomogło...chociaż wpis jednak piszę...więc mam nadzieję... Nasza Meggi natomiast dała dzisiaj rano popalić...czy nie podobała jej się muzyka jaką słuchałem, czy miała focha na pogodę (tutaj ja rozumiem)...jadę 5 km i nagle "bach" magiczna kontrolka od wszystkiego sie pali a Megii dostaje przyśpieszenia na miarę żółwia z Galapagos... I do tego wczorajsza wizyta w urzędzie (pytanie: po co służy tabliczka czynne od 7:30? Moim zdaniem po to, by łaskawie rozpocząć przyjmowanie petentów od 8:15)...Urzędniczka z rozbrajającym uśmiechem mówi, że co prawda zdarzają się zrządzenia losu, działa siła wyższa...ale wizyta w urzędzie (tu podnosi palec wskazujący i pokazuje w stronę nieba) to jest najwyższa siła z najwyższych i być trzeba...szkoda, że nie miałem kałasznikowa albo...Pomyśałem tylko wrednie (w tym miejscu odezwał się pewnie szatan na widok radiomaryjnie ubranej urzędniczki, siedziała w moherowym czarnym blezerku z twarzą pokrytą trądzikiem, który w przypadku jej zdenerwowania groziłby pewnie wybuchem)- niech no kiedyś przyjdzie do mnie do kancelarii, stawki minimalne pójdą w zapomnienie...Nie tylko ona ma prawo czuć się bogiem! K. PS. I. na szczęście należy do osób żywych i z cierpliwością znosi moje tupania nogą i inne wybuchy złości związane z przeżywaniem rozczarowania rzeczywistością i pogłębiającym się dysonansem między tym, jak powinno być, a tym, jak jest...tylko pewnie się w duchu śmieje...bo dla każdej osoby trzeciej widok osoby wkurzonej jest raczej zabawny...
czwartek, 06 września 2007
Kocham Szczecin...
Dzisiaj od 9 rano, pożegnawszy I. w drzwiach do sali egzaminacyjnej, rozpoczęła się moja wędrówka po mieście...mój najlepszy sposób na walke ze stresem... Pojechałem na parking podziemny...oddałem spodnie do pralni...a, że dopiero 9 rano była, udałem się na spacer...poszedłem brzegiem Odry...potem w w okolice katedry (jak trwoga....)i Zamku...pokluczyłem po uliczkach...wstapiłem do jednej z księgarń....wygadałem pół darmowych godzin...znów do Galaxy...a tu z przerażeniem patrzę, że dopiero 10...Galaxy...empik...niezbyt sympatyczna pani podała w miarę smaczną kawę...sandwich z bekonem...przekrój...bardziej przeglądany niz czytany...ulubiony dział przewodników...vistula...kazar...i inne sklepiki...co jest grane w multi kinie?- niestety nie było nic ciekawego...patrzę na zagarek (a właściwie na komórkę, bo zegarek spełniał ważną rolę społecznie użyteczną)- 10.45...udałem się do hotelu...napisze jakiś pozew...nie da rady...brak koncentracjii... O 14.00 nie wytrzymałem, pojechałem pod salę egzaminacyjną....Widok był pewnie cudny: mężowie egzaminowanych kobiet (żon) w kółku różańcowym pod drzwiami... K. PS. I. przez pół wieczora zadaje mi dziwne zagadki. Np. Czy ładnie wyglądała dzisiaj na egzeminie? Odpowiadam zgodnie z prawdą: Bardzo seksownie...I bum- Zła odpowiedź- mówi rozżalona- Miałeś odpowiedzieć: Najpiękniej ze wszystkich...Chgyba to oznaka dobrego humoru....a jednak. |
Archiwum
Zakładki:
...tam zaglądam...
...podrózując...
...pomagając...
...to czytam...
...zdobywając wiedzę...
|